Znów w szpitalu

  Od jakiegoś czasu Janek miał gorsze saturacje, najpierw pogorszyło się natlenienie w nocy, czyli było ok. 94% i chwilowo pojawiały się spadki do 90%. Nie zmartwiło nas to tak bardzo, bo w dzień saturacja utrzymywało się na poziomie 96-97% i u Janka nie było żadnych klinicznych objawów choroby, temperatura normalna, wydzielina przezroczysta, buzia rumiana, osłuchowo wszystko ok., właściwie nie było się czego za bardzo czepiać. Po kilku dniach saturacja w nocy była już tylko 93-92% i spadała okresowo nawet do 88%. Rano Janul był bardzo niespokojny, miał nawet jak na niego wysoki puls, czyli powyżej 170 i chwilowe spadki saturacji do 90%, wymagał wentylacji ambu, a nawet po tym saturacja rosła góra do 95%. Nasze sobotnio-niedzielne spacery też okazały się niewypałem, bo Mały był bardzo marudny i saturacja nam ciągle „leciała” w dół do 90%. Zaczęliśmy się denerwować, że coś jest jednak nie w porządku, mieliśmy jeszcze nadzieję, że to wina zużycia czujnika od pulsoksymetru, ale wymiana na nowy nie poprawiła sytuacji.

        W poniedziałek 21 listopada, czyli w dzień janciowych imienin zadzwoniliśmy i podzieliliśmy się naszymi obawami z doktor Krysią, która od razu do nas przyjechała. Po badaniu pani doktor stwierdziła, że w płuckach pojawiły się lekkie szmery, których wcześniej nie było i janciowa saturacja jest absolutnie niedopuszczalna, bo niedługo Mały zacznie odczuwać dyskomfort spowodowany tymi spadkami, a poza tym cała sytuacja nie idzie w dobrym kierunku. Zakropienie do rurki solą fizjologiczną i odsysanie, ani wentylacja ambu nie poprawiła parametrów Janka, więc zadecydowaliśmy wspólnie z panią doktor, że bezpieczniej będzie wziąć Małego na obserwacje do szpitala.

        I w ten sposób nasz Maluszek trafił w swoje imieninki znów do szpitala Polanki. Na oddziale OTI już na nas czekali, zrobiono Jankowi od razu wszystkie potrzebne badania, pobrano wymazy i wymieniono rurkę tracheotomijną. Janek przeszedł też na wentylacje respiratorem szpitalnym i podana mu trochę więcej tlenu (26%). Badania krwi, wyniki posiewów i rentgen klatki piersiowej nie wykazały nic niepokojącego. Wskaźniki zapalne niskie, temperatura normalna, no i saturacja na respiratorze szpitalnym idealna więc się trochę uspokoiliśmy. Wszyscy na oddziale stwierdzili, że Janek bardzo urósł przez te dwa miesiące.  

        Dużym problemem okazało się zostawienie Janka samego na noc, owszem odwiedzić ciocie - fajnie, badania - do zniesienia, ale jak w pobliżu są rodzice. Aby Maluszek był spokojniejszy i zasnął w szpitalu dostał czopek i dożylnie jedną dawkę leku uspokajającego, ale Janek dokładnie wiedział o co chodzi i walczył z sobą żeby nie zasnąć. Gdy tylko zamykały mu się oczy zaczynał płakać i otwierał je szeroko. O 21-szej pani doktor zaaplikowała Janciowi kolejną dawkę „uspokajacza”, ale nawet to nie skłoniło go do tego żeby wypuścić rodziców do domu i w końcu przed 22-gą poproszono nas żebyśmy opuścili oddział, a pani doktor usiadła przy janciowym łóżeczku.

        Rano, gdy pędziłam już do szpitala zadzwoniła nasza doktor Krysia, czy mogłabym zostać z synkiem na noc w sali pozabiegowej, bo Janek po naszym wyjściu jeszcze długo płakał, musiał dostać kolejną dawkę leku, żeby zasnąć i od rano bardzo jest rozżalony. Bardzo się ucieszyliśmy, że nasz synuś nie musi już zostawać w szpitalu bez nas. Jak dotarłam do Janka, wszystkie ciocie-pielęgniarki były przy łóżeczku i wszystko kręciło się wokół Jancia, a jak Mały mnie zobaczył, to przez pierwsze pięć minut był na mnie obrażony, czyli unikał mojego wzroku, co wywołało ogólne rozbawienie. Na podstawie badań i obserwacji lekarze uznali, że Mały „zatkał” się po prostu wydzieliną i dlatego gorzej się wentylował, dalsze postępowanie to: inhalacje, leki rozrzedzające wydzielinę, drenażowanie i dalsza obserwacja. Po przestawieniu na nasz respirator w nocy znów było pogorszenie saturacji, więc znów w moim sercu zagościł stres, że z moim Maluszkiem dzieje się coś złego. Kolejny dzień przyniósł jednak znaczną poprawę, saturacje 99 i 100% nawet gdy Mały mocno zasnął, więc lekarze się nie pomylili i zalecone postępowanie odniosło pożądany skutek. W czwartek 24-tego uszczęśliwieni wróciliśmy do domku, nie ma jak w domu. Janulek przez kolejny dzień odsypiał pobyt w szpitalu, a my po raz kolejny doceniliśmy jak dobrze jest być razem w naszym mieszkanku.

          Bardzo dziękujemy naszej doktor Krysi, że kolejny raz szybko zareagowała i tak troskliwie zajęła się naszym synkiem, wspaniale że są tacy lekarze, którzy z zaangażowaniem podchodzą do swojej pracy. Podziękowania również dla pielęgniarek i innych lekarzy z oddziały za opiekę.