Wakacje na Kaszubach

   W połowie lipca cali i zdrowi, a przede wszystkim wypoczęci, wróciliśmy z naszych pierwszych wspólnych wakacji poza domem. Do ostatniej chwili nasz urlop stał pod znakiem zapytania, ponieważ Janek miał infekcje i pomimo podanych kolejno dwóch antybiotyków choróbsko nie chciało dać za wygraną. Przed samym wyjazdem "odwiedziliśmy" jeszcze Izbę Przyjęć w Szpitalu Polanki, gdzie zrobiono Małemu badania i obejrzał go laryngolog, aż w końcu ciocia Kasia (pediatra) przy aprobacie cioci Krysi (anestezjolog) dała nam zielone światło na wyjazd. Tak, więc zapakowani po sam sufit i z przypuszczalną diagnozą - łagodny przebieg mononukleozy - ruszyliśmy na poszukiwanie przygód do lasu i nad jezioro, jednym słowem Kaszuby.

          W pierwszej kolejności pojechaliśmy do użyczonego nam na tydzień domku nad jeziorem w okolicach Kościerzyny. Tu mogliśmy nacieszyć się swoim towarzystwem, spokojem i bliskością natury. Jankowi doskwierały tylko wysokie temperatury w ciągu dnia, więc ucinał sobie w południe dwugodzinną drzemkę, podczas której my z kolei mogliśmy powygrzewać się na słońcu. W związku z tym, że schładzało się późnym popołudniem, zdarzało się że ze spaceru po lesie Janek wracał grubo po Dobranocce. Doszliśmy do wniosku, że na wakacjach każdemu należy się trochę luzu, więc odpuściliśmy sobie nasz normalny rytm dnia pod zegarek i nasz Maluch chodził spać i jadł o bardzo różnych porach. Nie odpuściliśmy sobie całkiem ćwiczeń z Jankiem, lecz nie stresowaliśmy się także gdy danego dnia nie było na to czasu. Pulsoksymetr miał również wakacje, ponieważ używaliśmy go praktycznie tylko jak Mały spał, poza tym cały czas byliśmy razem, więc nie był nam potrzebny. Janek bawił się sam swoimi zabawkami, dzięki nowemu nabytkowi w postaci przycisku dla niepełnosprawnych osób. Po przetestowaniu umiejętności Janka przez ciocie przedszkolanki, postanowiliśmy wykorzystać zdolność Małego do ruszania paluszkami i kupiliśmy odpowiednie urządzenie. Tatuś poprzerabiał zabawki, które się dało i teraz nasz synek może sam się pobawić. Czasem my już mamy dosyć słuchania Elmo, bo jak Janek się do niego dorwie to nawija jak szalony;-)

          Drugi tydzień wypoczywaliśmy w Ośrodku Wczasowym w okolicy Bytowa, również położonym w lesie i nad jeziorem. Tutaj czekała nas mała próba charakteru, ponieważ chyba po raz pierwszy znaleźliśmy się z Jankiem w tak małej nieznanej nam społeczności, w której nikt wcześniej nie znał naszego synka. W pierwszych dniach pobytu miałam wrażenie, że wzbudzamy lekką sensacje, tym bardziej że staraliśmy się nie ukrywać i wspólnie chodziliśmy z Małym na stołówkę na posiłki i nad jezioro w miejsce wyznaczone do kąpieli. Nie uszły naszej uwadze ukradkowe, a czasem wręcz uporczywe spojrzenia w naszą stronę, ale uznaliśmy że to całkiem normalne, w końcu nie widzi się na co dzień takich dzieci jak Janek. Do końca turnusu nikt co prawda nie odważył się podejść z nami porozmawiać, ale po kilku dniach wczasowicze miło uśmiechali się do Janulka i komentowali jaki jest grzeczny i śliczny. Janek podczas urlopu spisał się na medal, w najbardziej optymistycznych założeniach nie myślałam, że będzie tak dobrze. Bardzo polubił siedzenie w swoim wózeczku, a spędzał w nim bardzo dużą część dnia, podczas posiłków na stołówce nie robił żadnych awantur, tylko z zaciekawieniem obserwował bawiące się dzieci i przede wszystkim zdrowotnie było wszystko ok. Podział obowiązków przy Janku sprawił, że wszyscy bardzo odpoczęliśmy, dopiero tam odczuliśmy jak bardzo było nam to potrzebne. Szkoda że wszystko co dobre kiedyś się kończy, ale mamy za to piękne wspomnienia.