Respirator też człowiek, czasem nawala!

 Dzisiaj (19 lutego 2014), dzień jak co dzień, więc po godzinie 11.00 myjemy sobie spokojnie janulkowe zębiska, aż tu nagle niespodzianka. Nasz respirator, praktycznie bez ostrzeżenia, bo nie wydał z siebie nawet jednego pełnego sygnału alarmu przestał działać. Tylko ze względu na fakt, że akurat siedziałam przy Janku, moja reakcja była natychmiastowa. Usłyszałam ciszę, czyli brak charakterystycznego "pufania" respiratora, zerknęłam na  czarny wyświetlacz, więc zanim Janek zorientował się, że coś jest nie tak i zanim zaczęła spadać saturacja ambu już poszło w ruch. Okazało się, że po przełożeniu Janka rano z jego łóżeczka, respirator nie został podłączony do zasilania, mogło się zdarzyć każdemu. Mieliśmy już zresztą sytuację, że udało nam się wyładować respirator do zera, ale było to w wakacje po całym dniu przebywania poza domem i przy naładowaniu około 10-15% respirator co chwile sygnalizował alarmem, że wymaga podłączenia do prądu. Kiedy pierwsze emocje opadły i przewentylowałam Janka na tyle żeby spokojnie przyjrzeć się co się stało, okazała się też rzecz dziwna, bo po doładowaniu sprzętu dosłownie 2 minuty nagle pojawił się poziom naładowania 65%. Pani Grażynka, której zgłaszamy zawsze wszelkie problemy ze sprzętem powiedziała, że to nie koniecznie wina baterii, która jest całkiem nowa i trzymała jak dotąd około 8-10h, tylko że respirator to niestety tylko urządzenie i takie rzeczy się zdarzają. Oby jak najrzadziej!!! Mając w domu taki mały OIOM czasem przyzwyczajamy się do tego i czujność rodziców może spaść, a tu okazuje się że w najmniej oczekiwanym momencie mogą się przydarzyć różne, niekoniecznie miłe i bezpieczne dla naszego Malucha niespodzianki.

 Kolejnego dnia zrobiliśmy wszystko, co zaleciła Pani Grażynka, czyli wyłączyliśmy respirator na około 10 minut podczas, których Janek pooddychał sobie na ambu. I znów po przełożeniu Janka na kanapę odłączyliśmy respirator od prądu. Przy poziomie baterii 65% nadal wszystko było w porządku, tym razem Janek był cały czas pilnowany, a respirator bacznie obserwowany. Po godzinie 12.00 przyjechała Janulka Ciocia Krysia, czyli Pani Doktor Anestezjolog i nagle podczas badania naszego małego pacjenta, nasz przyjaciel-respirator zrobił ten sam numer, co poprzedniego dnia. Usłyszałyśmy z Panią Doktor cichutkie, bardzo krótkie, pojedyncze piknięcie alarmu respiratora i urządzenie sobie padło! Janek oczywiście znów wylądował na ambu, tym razem wentylowany przez Ciocię Krysię, a ja podłączyłam ponownie respirator do zasilania. Na prośbę Pani Doktor po chwili znów respirator chodził na swojej baterii, a jej poziom pokazywał 20%, za chwilę 45%, a za chwilę 15%. Ciocia Krysia stwierdziła, że ewidentnie coś tu nie gra i respirator nie ma prawa tak się zachowywać. Wsiadła, więc w samochód i po pół godziny była już u nas z powrotem z zastępczym respiratorem. Nasz pojechał do serwisu, prawdopodobnie problem jest z baterią, ale ostateczną diagnozę usłyszymy pewnie jak już do nas wróci. Ciocia Krysia pokazała Janciowi zastępczego przyjaciela i zapewniła, że jest taki sam tylko ma dodatkowo śliczną żółtą naklejkę i że Janulek nie musi się niczym przejmować, bo jest całkowicie bezpieczny. Mam nadzieję, że na jakiś czas to na tyle przygód ze sprzętem:-)