Majowy dłuuugi weekend

  Tegoroczny majowy weekend upłynął nam bardzo przyjemnie, postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę i jak najmniej siedzieć w domu. Gdzieś głęboko w pamięci pozostało tylko wspomnienie przed roku, kiedy czekaliśmy w napięciu i niepokoju na ostateczną diagnozę Janka choroby. Tym razem naprawdę cieszyliśmy się czasem spędzonym wspólnie. Tatusiowi udało się wziąć trzy dni urlopu, więc mieliśmy całe dziewięć dni na spacery i wycieczki.

          W pierwszej kolejności odwiedziliśmy nasz piękny Półwysep Helski. Przed przyjściem Janka na świat najchętniej odwiedzaliśmy Jastarnię, więc tam właśnie zabraliśmy synka na spacer. Zdziwiło nas bardzo, bo pogoda nad samym morzem była dużo ostrzejsza niż w Gdańsku. Pomimo słoneczka wiał chłodny wiatr, więc na plaży polegiwali tylko najbardziej zdesperowani wczasowicze. Po rundce wzdłuż nadmorskiej plaży Janulek pozwolił nam bez grymaszenia posilić się rybką w naszej ulubionej smażalni, po czym mogliśmy wszyscy w pełni usatysfakcjonowani wrócić do domku.

          Dwa dni "długiego weekendu" spędziliśmy na działce u babci Ani i dziadka Mietka. Najpierw pojechaliśmy na grillowe przyjęcie imieninowe cioci Kasi, dzień był bardzo upalny, a nasz Maluch średnio znosi nadmiar słoneczka. Znaleźliśmy mu więc zacienione miejsce na ławeczce pod drzewem, gdzie Janulek uradowany gaworzył sobie i obserwował swoją rodzinkę. Na ogrodzie podobało mu się tak bardzo, że wystarczyło że miał nas w zasięgu wzroku i wcale nie chciał żeby cały czas siedzieć blisko niego, może nasze Maleństwo powoli dorasta;-) Tego dnia powrót z działki dostarczył nam nowego doświadczenia w obcowaniu z respiratorem. W momencie wyjazdu poziom naładowania baterii w respiratorze pokazywał 65%, więc ze spokojem zapakowaliśmy się do auta bez doładowywania sprzętu. W pewnym momencie, jakieś 15 minut przed dojazdem do domu, włączył się alarm i pokazała informacja że pozostało już tylko 10%, po czym respirator przestał pracować. Przeszliśmy na ręczną wentylacje za pomocą ambu, kosztowało nas to trochę stresu, ale Janek dojechał bezpiecznie do celu. Był zdenerwowany, ponieważ na skutek całego zajścia obudził się i nie wiedział co się dzieje i dlaczego rodzice są podenerwowani. Musieliśmy się też nagimnastykować żeby ubrać Janka w samochodzie i przetransportować do domu, bo przecież jedna osoba musiała cały czas obsługiwać ambu. Drugi raz odwiedziliśmy dziadków z zaskoczenia, tym razem temperatura była nieco niższa, więc długi spacer po lesie był dla wszystkich przyjemnością, potem znów polegiwanie na ławeczce i powrót do domu z doładowanym na działce respiratorem. Jak widać ciągle się uczymy i nabywamy doświadczenia.

          Majowy weekend obfitował u nas w imieninowe przyjęcia. Przeszliśmy z Maluchem aż 7 km, żeby dotrzeć na imieninowy obiadek do dziadka Zygmunta. Spacer zajął nam ciut dłużej niż się spodziewaliśmy, więc dziadek z niecierpliwości wyszedł wnusiowi naprzeciw. Janek już dobrze zna mieszkanie dziadków, czuł się tam bardzo dobrze, a my swobodnie mogliśmy uczcić dziadka święto.

          Ostatnią dłuższą wyprawą samochodową było zwiedzanie Torunia. Spacer po starym mieście uświadomił mi, że nie trzeba wyjeżdżać z Polski, żeby zobaczyć piękne miejsca, które w niczym nie odbiegają od standardów europejskich. Jedna tylko sprawa mocno nas rozczarowała mianowicie miasto to, jak wiele innych, jak przypuszczam, nie jest przystosowane do zwiedzania dla osób niepełnosprawnych. Cała starówka jest wybrukowana grubą kostką, która owszem wygląda bardzo fajnie, ale przysparza wiele trudności przy poruszaniu się wózeczkiem ortopedycznym z dzieckiem całkowicie wiotkim. Nasz wózek jest bardzo ciężki i kółka wpadały między kostki, a Janek niestety poddawany był ciągłym wstrząsom, przez co obsuwał się i wyginał mu się kręgosłup:-( Poza tym wspaniałe ruiny zamku, są barierą nie do pokonania dla osób niepełnosprawnych. Nigdzie nie ma podjazdów, ani przy obiektach turystycznych, ani gastronomicznych. Szkoda, ale może z czasem będzie lepiej!